Szukaj

JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE UBRANKA ZACZĘŁY ROSNĄĆ Z DZIECKIEM

Mamaiti, 23 wrzesień 2020
JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE UBRANKA ZACZĘŁY ROSNĄĆ Z DZIECKIEM

Czy znasz to uczucie, że dopiero kupiłaś ubranko swojemu dziecku, a już z niego wyrosło? Albo moment, kiedy wracasz z wakacji i nagle wszystko jest za małe, tak jakby dziecko jednej nocy przeskoczyło w kolejny rozmiar.

Można powiedzieć, że taka kolej rzeczy, każde dziecko rośnie, ale przykro się robi, kiedy nasze ulubione ubranka przestają pasować, bo nie oszukujmy się - szafa pełna, ale i tak dzieci chodzą ciągle w tych samych, bo z jakiegoś powodu zakładamy je częściej i chętniej.

Kiedy urodziłam pierwszą córeczkę, cieszyłam się, że jest taka malutka. Miała 49 cm długości, choć wagowo nie była to drobinka, bo 3800 przy noworodku to mało nie jest. Przechodziliśmy więc rozmiar 50, potem 56, 62, 68, żeby w wieku 7 miesięcy wejść w 74. Moja frustracja sięgała zenitu, kiedy kolejne kupki pięknie poskładanych ubranek pakowałam do oddania, większości nie zakładając ani razu. Całe szczęście, że były to ciuszki po synku siostry, więc nie płakałam nad nimi tak mocno. Co nie zmienia faktu, że szkoda mi było tych godzin prania i prasowania, a tego drugiego wybitnie nie lubię, dla mnie to czas który przepadł na marne.

Najgorsze były te momenty, kiedy Maja zmieniała rozmiar, tak jakby z dnia na dzień. Nie wiem, jak to możliwe i wciąż mnie to zaskakuje, ale to się dzieje, wciąż, nawet po pięciu latach. Dzieci mają skoki wzrostowe, starsze też (tylko, że rzadziej). I wtedy następuje nagła rewolucja w szafie.

Szyć zaczęłam co prawda z innego powodu. Trochę z pasji, trochę z nadmiaru czasu, a trochę z potrzeby, by robić coś kreatywnego (może i u Was wraz z narodzinami dziecka rodzi się chęć tworzenia?), ale też żeby ubrać córkę ładnie i wygodnie. Z tym drugim miałam problem, ponieważ w nadmiarze ubrań, które dostałam nosiłyśmy i tak tylko kilka stałych kompletów. Miało na to wpływ oczywiście to, czy dobrze mi się je zakładało i czy były wygodne. I wtedy właśnie eureka, odkryłam ściągacze.

Maja była grubaśna. Krótka, ale wręcz uroczo kwadratowa. Skutek uboczny karmienia piersią. Wszystkie spodenki, leginsy (kto wymyślił dla niemowląt leginsy???) i półpajace z gumkami zostawiały ślady na jej pękatym brzuszku. Przykro było na to patrzeć, bo przecież dziecko jest bezradne, nie poprawi sobie wrzynającej się gumy, nie powie, że niewygodnie. Ani że spodenki uszyte jak dla dorosłego wciskają w nie pampersa i ograniczają swobodę nóżek, kiedy te powinny mieć pozycję żabki.

Moje spodenki ze ściągaczami już nie ściskały jej brzuszka i nóżek. Okazało się też, że ściągacz pozwala użytkować je dłużej, można było je podwijać, odwijać, tworząc kilka rozmiarów. Tak powstał prototyp spodenek marki, która zrodziła się kilka miesięcy później. Moje koszmary z oddawaniem stert uprasowanych i nieużywanych ubranek skończyły się wraz z tym odkryciem, a na ich miejsce wskoczyła moc twórcza. Widząc, że udało mi się stworzyć coś dobrego dla mojego dziecka i dla mnie samej zaczęłam kombinować, co jeszcze da się zrobić, żeby ten mój uszytek starczył na długo i żeby był wygodny.

I tak powstała cała idea ubranek rosnących z dzieckiem, jeszcze zanim powstał pomysł na stworzenie Mamaiti. Szyłam dla siebie, dla dziecka, bawiłam się tym odkrywając moc ubranek, które rosną i które nosimy, nosimy i nie możemy wyrosnąć.

Kiedyś po latach na targach usłyszałam słowa, że sprzedażowo nie jest to dobre, z punktu widzenia biznesu lepiej sprzedać więcej. I szczerze, zaczęłam o tym myśleć i analizować. Bo biznesu uczę na Mamaiti, wcześniej nie miałam pojęcia o niczym w kwestii prowadzenia własnej firmy. I doszłam do wniosku, że może klienci wracają do mnie rzadziej, bo nie muszą kupować ubranek co rozmiar. Ale za to kiedy wracają, kupują dużo i polecają dalej, bo wiedzą, że to produkt wart swojej ceny i że może ubranka kosztują więcej, ale w perspektywie czasu to im się zwraca.


Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów